Nasza wieś… o tym dlaczego z miasta przenieśliśmy się na przedmieścia.

     Urodziłam i wychowałam się w mieście, gdzie wszędzie i do wszystkiego było blisko. Tam,  nawet późnym wieczorem tętniło życie a dzieciaki z sąsiedzkich mieszkań biegały i bawiły się przed blokiem. Lubiłam ten gwar.  Nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś przeprowadzę się na przedmieścia i będę tam najszczęśliwsza. Nie przypuszczałabym, że aż tak będą cieszyć mnie drobne rzeczy jak śpiew ptaków o poranku, świeże warzywa w przydomowym warzywniku czy pięknie kwitnące kwiaty w ogródku.

     Cudownie jest celebrować w sobie wszystkie, nawet najdrobniejsze  odczucia, z którymi spotykam się każdego dnia. Kiedy wstaję wraz z pierwszymi promieniami słońca, które przedzierają się  przez konary drzew. Idę boso po mokrej od rosy trawie  po świeży szczypiorek do kanapek, gdy wszystkie moje skarby jeszcze śpią. I ta cisza – przyjemnie uspokajająca o każdej porze dnia, dzięki niej można wsłuchać się w śpiew wszystkich okolicznych ptaków.

      Mamy naprawdę wielkie szczęście, że sąsiadujemy z parkiem krajobrazowym, górami porośniętymi lasem, rzeką i łąkami. Nasze spacery są przez to przyjemniejsze, dłuższe i dające bezpośredni cudowny kontakt z otaczającym nas pięknem natury. Często wracając z takich spacerów z dziećmi, wieziemy w wózku (w którym smacznie śpi mały Maksio)  zawsze jakieś skarby znalezione przez rozbieganego Aleksia. Mam na myśli zwykłe patyki, kwiaty, szyszki czy ciekawe kamienie – to dziecięca wyobraźnia tworzy z nich wspaniałe skarby. I nie mają znaczenia ani piach w butach ani zakurzone stopy – liczy się ten wózek pełen zdobyczy.  Kiedy tylko mamy sposobność wychodzimy do ogrodu, a syn biega po nim często z kanapką w ręku. Ta kanapka czy obiad jedzony przez Aleksa na powietrzu,  tworzy w głowie mojego dziecka smak dzieciństwa.  Kiedy maluchy już śpią, wieczory są moje i męża, uwielbiam rozmawiać z nim na tarasie przy herbacie z sokiem malinowym.

      Przyroda korzystnie wływa na rozwój dzieci, uwrażliwia zmysły. Robi z człowiekiem niewyobrażalne rzeczy, jest jak pewien rodzaj terapii. Każdego roku przecież mnóstwo ludzi wybiera na urlop miejsca w których mogą wyciszyć umysł przez kontakt z przyrodą, choćby agroturystykę, biwaki na leśnej polanie, wycieczki trekkingowe po górach, czy sanatoria i rezerwaty.

     Tu życie jest trochę inne, toczy się wolniej niż w mieście… Głowa odpoczywa, organizm wycisza się,  zwalnia tempo i tylko zabawy oraz piski dzieci sprowadzają nas na ziemię…

      Każda pora roku w tym naszym miejscu ma swoje uroki, chociaż ja zdecydowanie wolę okres od wiosny do jesieni. Zimą, kiedy dni są krótsze i zimne, jest okazja żeby mnóstwo czasu spędzić ze sobą w domu. Rozsiąść się całą rodzinką wygodnie na kanapie z ciekawą lekturą w rękach (każdy ze swoją ulubioną) lub wspólnie obejrzeć ciekawy film animowany. Innym razem usiąść wspólnie na ciepłej podłodze, włączyć nastrojową muzykę, zapalać świeczki i grać wspólnie z dziećmi (Maksio póki co jako obserwator) w nasze ulubione planszówki.

     Te wszystkie na pozór proste odczucia tworzą intensywny obraz mojego domu, mojej ukochanej okolicy. I już wiem, że do miasta bym za żadne skarby wrócić nie chciała. Ale znam i takich co kochają wielkie miasto, szum ulic i sklepy na każdym rogu.  Bez względu na to gdzie się znajdujemy, mieszkamy to sposób patrzenia na te wszystkie cuda, które dzieją się obok nas sprawia że człowiek jest szczęśliwy. Wystarczy pielęgnować w sobie te uczucia i doceniać każdy dzień.