Nasza bałkańska wyprawa – Albania.

Albania w moich oczach to kraj pełen skrajności, gdzie bieda przeplata się z bogactwem, widoki zapierają dech w piersiach, są cudowne dzikie plaże a nikogo poza turystami nie dziwi widok worków ze śmieciami na ulicy.

Pierwsze nasze odczucia to zachwyt. Zachwycaliśmy się niesamowitymi widokami gór, wiosek, przyrody, ukształtowaniem terenu. Co jakiś czas pojawiał się bunkier. Tak, bunkry to chyba jedno ze słów jakie kojarzy mi się z Albanią. Ponoć jest ich tam kilkaset tysięcy.

VLORA
Pierwszym miejscem w Albanii, w którym się zatrzymaliśmy była Vlora. Jedno z najchętniej odwiedzanych przez turystów miejsc. Przyznam szczerze, że albańczycy są bardzo przyjaźnie nastawieni do przyjezdnych a my zostaliśmy ugoszczeni bardzo ciepło.  Niestety Wlora nie jest do końca przygotowana na przyjęcie turystów. Dlaczego? po pierwsze miasto jest trochę rozkopane, idąc w stronę centrum albo brak chodnika albo są w nim ogromne nieoznakowane dziury wielkości „naszej” studzienki, do której spokojnie można wpaść, kiedy człowiek nie spojrzy pod nogi. Idąc w kierunku centrum miasta, mijaliśmy nowo wybudowane, puste blokowiska, zniszczone domy czy baraki. Samo centrum to już nieco inny świat- palmy, piękne deptaki, plaża, sklepy, liczne hotele czy bloki.

Kuchnia albańska jest naprawdę bardzo smaczna. Gorąco polecamy owoce morza, nawet Aleks się nimi zajadał.

Vlora w naszym obiektywie:


GJIPE:

We Vlorze spędziliśmy dwa dni, następnie wyruszyliśmy do Sarandy. Po drodze odwiedziliśmy rejon o nazwie Gjipe z uwagi na cudowną plażę, która z resztą nie bez powodu znalazła się na liście dziedzictwa UNESCO. To była plaża z moich marzeń, idealna. Samochód zostawiliśmy kilka kilometrów od miejsca docelowego. Dalej ruszyliśmy pieszo gdyż droga prowadziła przez skały, ogromne kamienie, leśne ścieżki. Widok z góry na plażę zapierał dech w piersiach. Cudowne okalające skały, woda w kolorze lazurowym, piękne roślimy i malutka plaża na której było zaledwie kilku osób.

To miejsce warto odwiedzić.  Można tam rozbić namiot i z dala od cywilizacji odpocząć przy szumie fal, rozokoszująć się wspaniałym widokiem czy choćby powspinać.

Gjipe:


SARANDA:

Klejnym miejscem w Albanii, w którym spędziliśmy kilka dni była Saranda.

Saranda leży na Riwierze Albańskiej u wybrzeży ciepłego Morza Jońskiego. Znajduje się tam niesamowity widok, na którym góry stykają się z morzem, są piękne zatoczki, palmy i plaża. Miasto liczy niespełna czterdzieści tysięcy mieszkańców, w tym wielu greków. Bardzo blisko stąd jest na wyspę Korfu.  Ludzie są bardzo mili, dbają o komfort turystów. Nasza kwatera była bardzo czysta, duża i nie brakowało nam niczego.
Wieczorem polecam spacer głównym deptakiem, który ciągnie się wzdłuż plaży. Wspaniałe widoki na morze i miasto, które jest przepięknie oświetlone.  W Sarandzie można zjeść naprawdę pyszne ryby, owoce morza i desery.

Największe wrażenie w tym miejscu wywarły na mnie domki i liczne budynki ułożone piętrowo na tle gór i morza. Jedynie wszędobylskie śmieci nieco psują klimat Sarandy. Poza tym uważam,  że warto tam pojechać, zobaczyć kontrasty, gdzie bieda przeplata się z bogactwem, poznać specyfikę tego miejsca, styl charakterystyczny tylko tam.

Saranda:

 Będąc w Sarandzie podjechaliśmy do pobliskiej miejscowości Ksamil. To chyba jedno z najchętniej odwiedzanych przez turystów/polaków miejsc. Przede wszystkim dlatego, że jest pięknie, czysto a woda ma tam wspaniały lazurowy kolor. Jest to kurort więc pewnie w sezonie sporo osób tam odpoczywa. My mieliśmy to szczęście, że przybyliśmy na początku maja i plaże były prawie puste.  W Ksamil ceny są nieco wyższe niż w pozostałych miejscowościach ale pewnie właśnie z uwagi na fakt, że jest on najbardziej obleganym kurortem. Według mnie warto tam spędzić kilka dni poza sezonem.

Ksamil:

SZKODRA:
To przedostatnie miejsce w Albanii, które odwiedziliśmy. Głównym punktem była słynna twierdza Rozafa.  Z góry roztacza się wspaniały widok na miasto i Północnoalbańskie Góry. Twierdza leży na wysokości 120 m n.p.m. powstała jakieś 4 tysiące lat temu. Droga na górę jest kamienista jednak spokojnie można wjechać tam wózkiem.

Z budową twierdzy wiąże się nieco smutna legenda.

,, Trzy dni i trzy noce rzeka i wzgórze Valdanuz, na którym bracia budowali twierdzę, zasnuta była mgłą. To, co zbudowali w dzień, w nocy obracało się w ruinę. Kiedy mgła opadła, pojawił się starzec. Powiedział braciom, że wie jak postawić zamek i zapewnić mu wieczność. Zdradził im tajemnicę, a bracia obiecali zachować ją dla siebie. Należało zamurować w fundamentach kobietę, żonę jednego z nich. Nieszczęśnicą będzie ta, która pierwsza przyniesie śniadanie.
Najstarszy i średni brat wyjawili wiadomość swoim żonom by uratować je przed śmiercią. Tylko najmłodszy dotrzymał słowa. Rano matka przywołała najstarszą i średnią synową, ale obie odmówiły zaniesienia śniadania wymawiając się kłamstwami. Wtedy matka poprosiła najmłodszą synową. Ta odpowiedziała, że ma małe dziecko, a to będzie za nią płakać. Wtedy szwagierki zaproponowały opiekę nad dzieckiem. Rozafa, bo tak jej było na imię pocałowała synka i poszła ze śniadaniem. Kiedy zobaczył ją mąż, rzucił z rozpaczy w dolinę swój topór i zaczął przeklinać. Zdziwiona kobieta spytała o powód jego zachowania. Wtedy nadeszli bracia i powiedzieli jej prawdę, że muszą ją zamurować. Rozafa nie protestowała. Poprosiła tylko aby zamurowali ją w taki sposób by mogła widzieć prawym okiem, mieć na wierzchu prawą pierś, prawą rękę i prawą nogę. Uzasadniła to tak: kiedy synek zapłacze uspokoję go patrząc prawym okiem, przytrzymam prawym ramieniem, ukołyszę na prawym udzie i nakarmię prawą piersią. Potem niech moje ciało zamieni się w skałę i sprawi by zamek stał się wspaniałą twierdzą. Rozafa została tak zamurowana jak sobie życzyła, a twierdza została nazwana jej imieniem. Nawet teraz spadające kamienie są wilgotne od łez zamurowanej matki płaczącej nad swoim synkiem”
źródło klik

Twierdza Rozafa. Szkodra:

Veliopoja to ostatnie miejsce, które planowaliśmy odwiedzić i spędzić tam kilka dni.  Jest to pierwszy od strony północy nadmorski kurort Albanii, położony nieopodal ujścia rzeki Buny do Adriatyku. Niestety pomimo tego, że mieliśmy zrobioną kilka tygodni wcześniej rezerwację, po dojechaniu na miejsce właściciel kwatery powiedział nam przez telefon, że jesteśmy poza sezonem i wszystko w Veliopoja jest zamknięte. Akcent ten sprawił, że odjechaliśmy  z Albanii i udaliśmy się prosto do Czarnogóry…

Na Instagramie otrzymałam wiele pytań o naszą wyprawę do Albanii. Głównie czy warto? jak to jest z tymi śmieciami? i czy faktycznie widoczne są kontrasty?

Moim zdaniem warto tam pojechać z uwagi na specyfikę miejsca, warto poznać tamtejszą kulturę, zwyczaje, kuchnię. Warto zobaczyć na własne oczy plażę Gjipe czy odpocząć w Ksamil.

Śmieci-  to niestety porażająca prawda. Poza strzeżonymi kurortami są niemalże wszędzie, na ulicach, w rowach, w każdym miejscu gdzie można je upchnąć. Z ogromnym zdziwieniem i złością patrzyłam jak kobieta wyrzuca worek ze śmieciami przez okno. Taka trochę śmieciowa rzeczywistość, dla nas mimo wszystko niedopuszczalna.
Kontrasty są widoczne niemalże wszędzie, w miastach i poza nimi. Dla mnie to było ciekawe doświadczenie wizualne, kiedy nowe budynki są tuż przy tych zniszczonych, rozlatujących się.
Z mojego punktu widzenia Albania ma ogromny potencjał, jeśli tylko nieco zmieni się mentalność mieszkających tam ludzi jest szansa na wspaniały, czysty kraj.  Mimo wszystko, warto zobaczyć ją na własne oczy, poznać specyfikę tego miejsca choćby tylko raz w życiu.