Z miłości do gór. Trochę o wspinaczce i naszej wyprawie na Mt Blanc.

Z nim poszłabym na koniec świata.

Prawie 7 lat temu zabrał mnie na dach Europy, od tamtej pory już nic nie było takie samo.

Mój wpis powstał z silnych emocji wynikających z ostatniej dramatycznej sytuacji, która wydarzyła się na Nanga Parbat. Gdzie akcja ratunkowa Tomka Mackiewicza zakończyła się niepowodzeniem dla tego wspaniałego człowieka. Takie sytuacje wzruszają mnie do głębi. Zawsze trzymam mocno kciuki za naszych polskich himalaistów, a sytuacje krytyczne wywołują we mnie ogromne wzruszenie. Śledziłam relacje na żywo i czytałam liczne komentarze, w których ludzie nie rozumieją co fajnego jest w tym ponad ludzkim wysiłku, gdzie można nabawić się odmrożeń i często po prostu nie wrócić.  Jeszcze kiedyś sama tego nie rozumiałam. Teraz wiem.

Miłość do gór zaszczepił we mnie mąż, wtedy chłopak. Taką miłość prawdziwą, pomimo bólu, trudu i ogromnego wysiłku. On, od zawsze kochał wyprawy, takie z prawdziwego zdarzenia. Początki nie należały dla mnie do najłatwiejszych, mam na myśli brak wystarczającej kondycji, doświadczenia, zmęczenie, ból mięśni. O górach prawdziwych, miałam jedynie wyobrażenie ze zdjęć, z relacji czy książek. Ale to coś zupełnie innego.  Paweł już sporo wcześniej dużo chodził po górach, wspinał się oraz uczestniczył w licznych wyprawach. Nasze pierwsze wspólne wyjścia to  ukochane polskie Tatry. Zeszliśmy razem mnóstwo szlaków. Coraz bardziej się wkręcałam. Przy każdej, nawet najmniejszej okazji, szybko pakowaliśmy plecaki, po to tylko żeby cały dzień wędrować, czasem spać w górach, w deszczu pod kawałkiem dachu jakiejść szopy dla owiec, kolibie lub po prostu pod gołym niebem. Odkryłam wtedy, że kocham ponad wszystko wysokość i  przestrzeń, ciszę, widoki zapierające dech w piersiach, naturę, wspaniałą przygodę. Najczęściej chodziliśmy zimą, gdy nie ma wielu turystów w wyższych partiach gór. Czasem spaliśmy w schroniskach a zdarzało się nie raz, że i na podłodze miejsca brakło i trzeba było noc spędzić na zewnątrz pod chmurką. A tam za ciepło nie jest, zwłaszcza dla takiego zmarzlucha jak ja.  Kondycja przyszła z czasem. Przemierzaliśmy liczne szlaki wytyczone ale i te dzikie, które znane były jedynie ze skąpych zapisków Paryskiego. Nie trudno było  zgubić drogę a zdarzyło się schodzić stromym żlebem, w którym płynęła woda, błoto i kamienie. Do dziś te wspomnienia wywołują w moim sercu wspaniałe uczucia…

Między czasie Paweł wtajemniczył mnie we wspinaczkę w skałach, a ja stałam się jego partnerem. Rozpoczęliśmy wspólną przygodę ze wspinaniem jako partnerzy od liny, sporo trenowaliśmy. Nie było dnia żebyśmy nie zdobywali nowych dróg. On był moim przewodnikiem, jemu nie brakowało odwagi i szczegolnych zdolności w tej kwestii. Ja nie raz musiałam przełamać strach i walczyć z wiecznie obdartymi paznokciami i zniszczonymi od magnezji i skały dłońmi.  Co w tym fajnego?- nie potrafię opisać słowami…

W nim zawsze była ta myśl, żeby zdobywać jak najwyższe szczyty. Wyprawę na Mt Blanc zaplanował wzorowo, do perfekcji. Ja nie do końca wiedziałam z czym to się wiąże. On wiedział i cieszę się, że wtedy nie byłam tego w pełni świadoma.
Pierwsze moje zderzenie z rzeczywistością było jeszcze w domu, kiedy to pakowaliśmy plecaki na wyprawę. Gdzie każdy gram był na wagę złota. Mój plecak ważył trochę ponad 11 kg, jego ponad 17kg…

Sam start był dość przyjemny. Po noclegu w aucie we francuskim Chamonix, następnego dnia o świcie kolejka  zabrała nas tam gdzie zaczynał się szlak, nasza przygoda.  Mnóstwo skał, piasku, i te niesamowite kozice.

Zdjęcie na którym pokazuję gdzie planujemy dotrzeć pierwszego dnia. Tete Rousse.

Wspaniałe górskie kozice.

Dopiero po kilku godzinach zaczęło się prawdziwe wchodzenie, po coraz bardziej stromych skałach. Robiło się coraz chłodniej. Około południa dotarliśmy do schorniska o nazwie Téte Rousse  na wysokości 3167m. Schronisko było przepełnione więc rozbiliśmy namiot nieco powyżej, na śniegu, żeby odpocząć przed kolejną wspinaczką. Wieczorem temperatura była sporo poniżej zera i cały namiot był oszroniony. Nie zapomnę smaku liofilizowanej zupki gotowanej na wodzie z roztopionego śniegu. Taki mini palnik i butla to poza namiotem i sprzętem wspinaczkowym wyposażenie niezbędne w takich okolicznościach. Widok z namiotu na rozgwieżdżone niebo wspaniały, a w oddali na ogromnej ścianie widać było maleńkie punkciki – światełka czołówek na głowach wspinających się o tej porze. Na widok tej wielkiej ściany, którą mieliśmy  pokonać serce biło mi mocniej.

Przed schroniskiem Tete Rousse.

Najlepsza rozgrzewająca zupa

Widok z namiotu, daleko w dole chmury.

Ściana skalna którą pokonaliśmy w drodze do kolejnego punktu, Goutera.

Widoki w drodze do Goutera. Po prawej stronie widoczny lodowiec.

Namiot zostawiliśmy tam gdzie był rozbity. O godzinie 23:40 wyruszylismy w dalszą drogę ku szczytowi. Warunki były świetne. Po kilku godzinnej  wspinaczce, o 03:10 dotarliśmy do kolejnego punktu wyprawy- schorniska Gouter.  Schronisko to jest położone na wysokości 3835 m n.p.m.  Tuż pod schroniskiem dość stromo, sporo ludzi schodziło z góry i mijanie ich wąskim szlakiem tuż przy przepaści było dla mnie trudnym momentem. W Gauterze przynamniej można było zjeść coś ciepłego.  Warunki pogodowe były idealne więc, po odpoczynku postanowiliśmy iść dalej. Ja nie wiem skąd we mnie było tyle siły. Po południu dotarliśmy do kolejnego charakterystycznego punktu – schroniska Vallot na wys 4362 m n.p.m.  Schronisko to bardziej przypominało opuszczony, blaszany garaż. Jednak po wielogodzinnej wędrówce był wspaniałym miejscem na krótki odpoczynek.  Wysokość była na tyle odczuwalna, że chmury wisiały sporo poniżej naszych stóp. Te chwile nazwałam „spacer w chmurach”.

Vallot- 4362m n.p.m

Widoki z grani prowadzącej na szczyt.

Poczucie humoru pomimo wyczerpania mnie nie opuszczało. Za mną widoczne szczeliny przysypane śniegiem.

Po jakimś czasie gdy ruszyliśmy dalej, w jednej chwili zrobiło się całkiem biało, a widoczność pogarszała się z minuty na minutę. Pomimo pokonanej wysokości, Paweł postanowił, że schodzimy z powrotem do schroniska Gouter z którego wyruszyliśmy. Tu właśnie była chwila mojego załamania, ponieważ wiedziałam, że do szczytu jeszcze spora droga a pogarszająca się pogoda może uniemożliwić nam zdobycie go. Na dodatek musimy wracać.  Wracając pogoda i widoczność była coraz gorsza a ja wykończona. Ludzi nie było w polu widzenia. W którymś momencie  spotkaliśmy samotnie wędrująceo Włocha. Pamiętam, że przestrzegał nas wtedy przed szczeliną lodowca  w którą o mało co nie wpadł.  Tak, pewien odcinek drogi na szczyt prowadzi przez  lodowiec.

Szczeliny były pokryte śniegiem więc nie wszystkie były widoczne. Całą drogę szliśmy przywiązani linami do siebie na pewną odległość ok 16 m. Każde z nas miało czekany i oczywiście raki. Na wypadek jakby któreś jednak wpadło do takiej szczeliny, drugie mogłoby zminimalizować jego upadek.  Jakaś dziwna euforia połączona z nadzieją i myślami, że tylu osobom sie udało, sprawiają, że zapomina się o jakimkolwiek ryzyku. Przynajmniej ja. Wieczorem dotarliśmy do Goutera gdzie na ławkach i stołach wraz z innymi ludźmi spaliśmy ok 3  godziny. O godz 1.00 zdecydowaliśmy o wyjściu na szczyt. Dzięki przypadkowej aklimatyzacji, która miała miejsce dzień wcześniej, nie miałam żadnych kłopotów z wysokością ani oddychaniem, pomimo tego że powietrze było gęste. Pokonaliśmy całą masę wzniesień żeby dotrzeć na ten wymarzony. Wiedziałam, że nie ma czasu na odpoczynek i muszę cały czas iść wyżej i wyżej. Tak ogromna motywacja sprawiła, że pomimo częstego uczucia pragnienia i ogromnego zmęczenia szłam do przodu. Nie wiem skąd się wzięła ta siła we mnie. Pogoda była dobra poza tym, że szybko marzły mi stopy i ręce. Widoki zapierające dech w piersiach. Daleko w dole chmury, nad nami ogromne słońce, grań prowadząca na szczyt a po obu stronach przepaść pocięta ogromnymi szczelinami i niezmierzona, świeża, ogromna przestrzeń. Na szczycie byliśmy o wschodzie słońca. Szczęście było ogromne, na dodatek tam właśnie ON poprosił mnie o rękę. O wschodzie słońca na dachu Europy. Lepiej nie mógł wybrać.  Jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu, taki który zostaje w głowie i w sercu na zawsze. Na szczycie nie pozostaliśmy długo, zaledwie kilkanaście minut, ponieważ czekało nas wielogodzinne zejście a zimno dawało coraz bardziej we znaki. Nie muszę wspominać że wyczerpana byłam strasznie… Jednak człowiek jest na tak silnych emocjach, że nie odczuwa niczego poza euforią. Dopiero w połowie drogi na dół organizm dał znać o sobie i bolały mnie chyba wszystkie kości. Zeszliśmy dość szybko i to od razu do Chamonix.

Mont Blanc 4810m n.p.m.  Wschód słońca, widok ze szczytu.

Mont Blanc.

Wschód słońca na szczycie.

Droga powrotna. Wąska grań- dobrze widoczne szczeliny lodowcowe. Po obu stronach przepaść.

Vallot. Powrót. W dole chmury.

Szczelina tuż obok nas. Tam może być naprawdę głęboko.

Zejście przy Gouterze.

 

Czy były momenty w których się naprawdę bałam?
-tak

  1. Przekroczenie słynnego żlebu o nazwie Grand Couloir- Rolling Stones- żleb śmierci. To dość stromy i szeroki żleb po którym z góry spadają z ogromną siłą kamienie, przeróżnych wielkości. Przy tak ogromnej prędości nawet mały kamień stanowi realne zagrożenie życia, a nierzadko lecą tam głazy wielkości telewizora czy lodówki. Zginęło tam sporo podróżników, a nawet miesiąc przed naszą wyprawą pewien młody Polak. Przetrawersowanie go było dla mnie ogromnym wyzwaniem. W celu przybliżenia Wam jak to wygląda znalazłam na YouTube taki film zobacz wideo
  2. Nagłe załamanie pogody. Jak to w górach często bywa, zupełnie nagle, nie wiadomo skąd pojawiła się gęsta mgła, wszędzie było biało a widoczność na ok 1-2 metry, gdyby nie Paweł miała bym poważne problemy orientacyjne, bo droga w każdą stronę przy tych warunkach wyglądało dokładnie tak samo.
  3. Szczeliny lodowcowe o których pisałam wyżej. Nie chciałabym się tam znaleźć.1. Mijanie na stromej ścianie grani Gautera schodzących ludzi. Był moment w którym myślałam, że zaraz spadnę ale zawsze Paweł mnie gdzieś wyłapał czy przytrzymał. Poza tym, że przez kilka dni czułam wszystkie możliwe mięśnie, pomimo okularów lodowcowych nabawiliśmy się zapalenia spojówek i oparzeń twarzy od słońca, których tam na górze nie odczuwaliśmy to były jedne z najpiękniejszych chwil mojego życia.
    Po powrocie, coraz częściej wspinaliśmy się w różnych rejonach gór na własnej asekuracji, na wysokich stromych ścianach. Te widoki na zawsze pozostają w pamięci. Tam w  górze, wszystkie dotychczasowe problemy są malutkie jak mrówki, nie mają żadnego znaczenia. Tam, człowiek czuje, że naprawdę żyje. Wszechogarniająca przestrzeń, niesamowita wysokość i poczucie, że jest się tak blisko nieba. Oddycha się tym mocno rozrzedzonym ale rześkim, zimnym powietrzem i te jedyne w swoim rodzaju widoki. To wszystko sprawia, że miłością uzależniającą do gór można zarazić się bardzo szybko. Szybko wraca niedosyt.
    Dlatego proszę nie krytykujmy czyjejś pasji z punktu widzenia własnych doświadczeń lub ich braku, czy priorytetów. Bo to, co w danej chwili dla nas nie zrozumiałe tak naprawdę ma swój wielki sens, swoją historię.  Rozumiem tych co w górach czują się najlepiej, narażają życie byle by tam być, zatracają siebie. Moja opowieść to tylko  maleńka namiastka tego z czym mierzą się himalaiści. Dlatego z szacunku do ich pasji, wyczynów, często  ponad miarę, wysyłajmy im jak najwięcej pozytywnej energii, trzymajmy za nich kciuki.
    A może aby lepiej zrozumieć, aby samemu sięgnąć tej cząstki nieba warto wybrać się na podobną wyprawę? Nie muszą być to Alpy czy Himalaje, czasem wystarczą inne wysokie szczyty zimą.Bo żeby poczuć, nie tylko zobaczyć takie widoki, warto zadać sobie trochę trudu i poświęcenia. Tego nikt nam nie zabierze, na zawsze są w sercu.
    Jeśli ktoś chciałby znać więcej szczegółów bądź wybiera się na podobną wyprawę i ma jakiekolwiek pytania organizacyjne. Chętnie odpiszę na maile.

6 myśli na temat “Z miłości do gór. Trochę o wspinaczce i naszej wyprawie na Mt Blanc.”

  1. Paula jestem pod wrazeniem! Przeczytalam wpis dwa razy i nie moglam przestac o nim myslec 🙂 podziwiam takich ludzi z pasja – bedziecie mieli co opowiadac dzieciom i wnukom 🙂 a emocji, ktore Ci towarzyszyly nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazic, i te przepiekne zdjecia!! pozdrawiam <3

  2. Piękna opowieść!
    Ja chodzę po górach, ale w przyjazniejszych warunkach, jak wyższe góry to latem, a jeśli zimą to raczej Beskidy czy Bieszczady. Nie sa to może ekstremalnie trudne sytuacje, ale i tak mam do gór( i do natury w ogóle) ogromną pokorę i szacunek. Pozdrawiam!

    1. Bardzo Ci dziękuję za te słowa :)masz rację bo góry nie muszą być ekstremalne żeby je kochać, każde jedne dają człowiekowi poczucie wolności i piękna. Bieszczady również uwielbiam. Pozdrawiam cię bardzo serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *